Tymczasem na powierzchni Pajęczyca pracowała od wielu dni. Kokon był niemal gotowy. Spowijał głowę Arkadii od samej góry, aż do ramion, po których jak warkocze,   spływały gęste  sploty. Czasem dziewczyna mruczała coś przez sen, jednak nigdy nie otwierała zlepionych nocą oczu. Wszystko płynie, na zewnątrz i do środka. Dlatego praca musi być wykonana. Wzywamy wszystkich aktywnych agentów. Wzywamy wszystkich do obiegu. OUN, OUN. Odezwało się nagle radio. 

Ujadanie było coraz bliżej. Światło lichtarza przemykało po gąbczastych kapeluszach skrzypiących grzybów, szczelnie porastających okolicę. Pod ziemią budziły się zmumifikowane mrówki. Drzewa były coraz dorodniejsze. Arkadia czuła lęk. Równocześnie znów oddychała. Miła odmiana po miesiącach płytkiego dyszenia. Czuła, że musi iść przed siebie, bo nie ma już odwrotu. Miała wrażenie, że pozostało nic, do czego można wrócić. 
  Im bliżej ujadania, tym lęk był większy. Słońce zjadł pies, powtórzył lichtarz i wyślizgnął się z jej dłoni. Seledynowe płomienie zaczęły pożerać najbliższą suchą gałąź. Z oddali dobiegało rytmiczne uderzanie wielkich łap i szuranie brzucha. Auuuu, zawył piesek diablak, odbijając się do wielkich grzybów jak od trampoliny. Słońce wściekle paliło jego wnętrzności, jednak był zbyt zachłanny, żeby zwymiotować.  Myśląc o tym, jak bardzo musi go parzyć, Arkadia uroniła łzę. Przyspieszyła kroku. Przestała się bać.




obejrzyj całą animację