Przemierzała splecioną sieć jaskiń. Z daleka dobiegały ją ciche echa. Wszystkie rzeczy wznoszą się i upadają, szeptały czarne liście i węglaste kamienie. Ciężkie motyle zrywały się do lotu, muskając jej spocone czoło. Arkadia szła.
Kiedy na ścianach jaskini zaczęły się pojawiać fioletowe mchy, chichoczące buty przystanęły i łagodnie wypluły jej stopy.
Wylądowała boso na miękkim, łaskotliwym poszyciu. Wzięła głęboki oddech.
Dotknęła skały, po której spływała pachnąca słodko strużka. Przypadek to jedynie nazwa dla nierozpoznanego, szepnęła woda. Po tych słowach zapadła znajoma, smolista ciemność. Arkadia poczuła ścisk w żołądku. Przypomniała sobie duszki.
Dotknęła skały, po której spływała pachnąca słodko strużka. Przypadek to jedynie nazwa dla nierozpoznanego, szepnęła woda. Po tych słowach zapadła znajoma, smolista ciemność. Arkadia poczuła ścisk w żołądku. Przypomniała sobie duszki.
Słońce zjadł pies, powiedział lichtarz. Poszła więc w kierunku, z którego było słychać ujadanie. Wyszła z ostatniej jaskini do granatowego ogrodu.