W tym czasie Arkadia otwarła oczy wewnątrz siebie. Skrzywiła się ze smutkiem na widok czarnej mazi. Stała w niej po kostki. Dostrzegła, że ma na stopach dziwne, roześmiane buty. Wyglądały jakby właśnie wyszły od fryzjera.  Ruszyły nią przed siebie, nie zważając na brud. Szły długo, tak długo aż czerń mazi zaczęła ustępować lekkiej szarości. 

Przemierzała splecioną sieć jaskiń. Z daleka dobiegały ją ciche echa. Wszystkie rzeczy wznoszą się i upadają, szeptały czarne liście i węglaste kamienie. Ciężkie motyle zrywały się do lotu, muskając jej spocone czoło. Arkadia szła. 

Kiedy na ścianach jaskini zaczęły się pojawiać fioletowe mchy, chichoczące buty przystanęły i łagodnie wypluły jej stopy.   Wylądowała boso na miękkim, łaskotliwym poszyciu. Wzięła głęboki oddech. 

Dotknęła skały, po której spływała pachnąca słodko strużka. Przypadek to jedynie nazwa dla nierozpoznanego, szepnęła woda. Po tych słowach zapadła znajoma, smolista ciemność. Arkadia poczuła ścisk w żołądku. Przypomniała sobie duszki.
    Po chwili dostrzegła wnękę, w której jarzył się dziwny kształt. Jestem Lichtarz, powiedział lichtarz. Wyciągnęła do niego dłoń. Kiedy zacisnęła palce, lichtarz zapłonął wieloma światłami. Zaskoczyło ją, że będąc prostą istotą, może zobaczyć takie kolory. Jesteś piękny, powiedziała. Za nimi, w ciemności połyskiwały oczy i mieniły się holograficzne kwiaty. Pocałowała go.

Słońce zjadł pies, powiedział lichtarz. Poszła więc w kierunku, z którego było słychać ujadanie. Wyszła z ostatniej jaskini do granatowego ogrodu.  To był matowy świat. Znużona ziemia zapadała się pod stopami, drzewa chyliły się ku niej złowrogo. Chwila fioletowej lekkości minęła. Arkadia poczuła ciężar, zupełnie jak kiedyś, dawno temu. Ciążenie głowy ku dołowi. Niechęć do nieba.



czytaj dalej