Pewnego razu, gdy po raz kolejny tego tygodnia zasnęła przy swoim biurku, z góry, na bardzo cienkiej nitce, spłynęła niewielka Pajęczyca. Lądowała powoli,  kawałek po kawałku, aż postawiła swoje drobne, obute w musze loafersy stopy na głowie Arkadii. Gdy znalazła oparcie i poprawiła ułożenie, zacisnęła wszystkie nóżki na czaszce dziewczyny, mocno zapierając się w sobie. Z jej odwłoku wysunął się ostry, krzemowy kolec. 

Kolec przebił czaszkę i sunął w dół, naruszając ciągłość tkanek i zainstalowanych przez duszki kabli, by połączyć się z Rdzeniem. Kiedy dotarł we właściwe miejsce, zatrzymał się.  Wtedy Pajęczyca zlizała kroplę krwi, która wypłynęła z ranki, i zabrała się do roboty. Wiedziała, że jest tylko jedno rozwiązanie. Dlatego musiała tu przyjść.

Szczęka Arkadii, od miesięcy napięta, nagle się rozluźniła. Z kącika ust popłynęła strużka śliny. Yhmmm – westchnęła, odpływając jeszcze głębiej. 
Pajęczyca spojrzała tęsknie w dół jednym z wielu pięknych, pociągniętych odblaskowym eyelinerem oczu. Pozostałe były zamknięte. Ciężkie, srebrzyste powieki połączone z krzemowym kolcem. 

Po chwili jej odnóża zaczęły się rytmicznie poruszać i wysnuwać nici miękkiej pajęczyny. A z malutkiego głośnika popłynęła muzyka. Pomyślała, że puści nutę, bo wiele godzin miała jeszcze spędzić w tym miejscu, w skupieniu otulając głowę Arkadii swoim filigranowym dziełem. Płyn rdzeniowo-mózgowy  cicho zaszemrał: Calling all active agents.






czytaj dalej