Jak na górze tak na dole



Nie wiadomo, kiedy i skąd przyszło. Po jakimś czasie zrozumiała, że trwało już długo wcześniej, zanim się zorientowała. Najpierw przestała pisać. Potem straciła zainteresowanie obrazami. Stosy hybrydowych klaserów, które kiedyś ochoczo przeglądała, pokrywała coraz grubsza warstwa kurzu.  Na końcu przestały ją cieszyć dźwięki. Poczuła ogłuszającą nudę. Wtedy zza horyzontu nadleciały małe, szare duszki. Szczelnie otoczyły jej głowę, odcinając dopływ energii. 

Nastąpiła seria spięć. Dusze-kable werżnęły się w żywe ciało. W podłodze pojawiły się parujące kałuże wypełnione brudną wodą. To było jak zatrucie. Nie miała już ochoty ubierać czerwonego swetra, wsiadać w  słońcolot czy przesiadywać z przyjaciółmi na szczycie starego buka.  Coraz częściej zapadała się w wielki fotel i paliła odurzającą fajkę.
Jej wyspa była mała, ale przytulna. Wisiała pomiędzy dwoma chmurami, nad rozległym polem drzew hodowanych przez Błękitne Plemię.  W tamtym czasie, kiedy drzewa pokrywały się drobnymi, niebieskimi liśćmi, Arkadii zdarzało się jeszcze odpisywać na wiadomości. 

Jednak w miarę jak milczące duszki zacieśniały się wokół niej, coraz silniej czuła, że to wszystko nie ma sensu. I tak jest sama. W środku jest sama. Zawsze będzie sama. Bo każdy jest sam, a tego, co nadchodzi, nikt nie przetrwa. Bo to, co nadchodzi, jest rzeczą nie do przetrwania.





czytaj dalej