Nie licz się.
Zasiej się i spleć

włącz muzykę w rogu ekranu
i zacznij czytać

Ogród Owadorostów

Mhmm, a gdyby tak zamknąć oczy i przerwać obwody sztucznych świateł? Zatrzymać wszelką informację? Stop myśli. Stop obrazy. Stop posty. Zgasić wszystkie elektryczne prostokąty? Zaprzestać prób liczenia, systematyzowania i porządkowania? Pozbyć się pozornej kontroli? Przeciąć wszystkie kable i zestrzelić starlinki? Wilgoć. Przestrzeń. (Trtrtrtrtrt. Uwaga, prekambrrr. Z nieba wypada mały dźwięk. Wąż dostarcza render. Fuj,  romantyczne fantazje!).

Można wykonać kolejny krok — w punkcie celnym na pograniczu światów zadeklarować własną kruchość i ponieść ją dalej, by infekować świat. W końcu, po długiej wędrówce, wejść w ogród pełen kolczastych pnączy i zmutowanych pszczół, poranić stopy o ostre kamienie.

A potem zmodyfikować kamienie i stopy, żeby nie było już więcej ran.


czytaj dalej

Jak na górze tak na dole



Nie wiadomo, kiedy i skąd przyszło. Po jakimś czasie zrozumiała, że trwało już długo wcześniej, zanim się zorientowała. Najpierw przestała pisać. Potem straciła zainteresowanie obrazami. Stosy hybrydowych klaserów, które kiedyś ochoczo przeglądała, pokrywała coraz grubsza warstwa kurzu.  Na końcu przestały ją cieszyć dźwięki. Poczuła ogłuszającą nudę. Wtedy zza horyzontu nadleciały małe, szare duszki. Szczelnie otoczyły jej głowę, odcinając dopływ energii. 

Nastąpiła seria spięć. Dusze-kable werżnęły się w żywe ciało. W podłodze pojawiły się parujące kałuże wypełnione brudną wodą. To było jak zatrucie. Nie miała już ochoty ubierać czerwonego swetra, wsiadać w  słońcolot czy przesiadywać z przyjaciółmi na szczycie starego buka.  Coraz częściej zapadała się w wielki fotel i paliła odurzającą fajkę.
Jej wyspa była mała, ale przytulna. Wisiała pomiędzy dwoma chmurami, nad rozległym polem drzew hodowanych przez Błękitne Plemię.  W tamtym czasie, kiedy drzewa pokrywały się drobnymi, niebieskimi liśćmi, Arkadii zdarzało się jeszcze odpisywać na wiadomości. 

Jednak w miarę jak milczące duszki zacieśniały się wokół niej, coraz silniej czuła, że to wszystko nie ma sensu. I tak jest sama. W środku jest sama. Zawsze będzie sama. Bo każdy jest sam, a tego, co nadchodzi, nikt nie przetrwa. Bo to, co nadchodzi, jest rzeczą nie do przetrwania.





czytaj dalej
Nie odebrała więc wiadomości o rozprzestrzeniającej się wszędzie Zarazie Subliminalnej, która odbierała istotom wszelką Chęć. Nie wiedziała nic o wielkiej chmurze technicznej i jej elektromagnetycznym oddziaływaniu. Pewnego dnia ostatecznie zerwała kontakt, wyrzucając za okno swój komunikator.  Wtedy duszki otuliły jej dom elektrycznym puchem, wpinając swoje kable w każdą szczelinę. Domostwo jest pod napięciem. Nikt nie ma wstępu. Keep Out.

Kiedy substancja subliminalna wypełniła każdą dostępną przestrzeń, elektryczna otulina domu zniknęła. Wyspa zawisła w ciemności. Nadciągnął smutek.  Był gęsty i ciężki. Oblepiał wszystko zrezygnowaną, lepką mazią. 

   Początkowo miał jeszcze różne odcienie – rozpacz, melancholię, tęsknotę, wściekłość… Z czasem wszystkie ustąpiły jednolitej ciemności, która wyciekała zza horyzontu, zacierając różnice pomiędzy nocą a dniem. Wdzierała się pod powieki i łączyła z płynem rdzeniowo-mózgowym. Potem płynęła kręgosłupem, aż do stóp. Może dlatego Arkadii coraz mniej chciało się chodzić. Ciemność była obojętna na uroki i widoki.  

W nielicznych chwilach otrzeźwienia dziewczyna próbowała zrozumieć, co się właściwie dzieje. Jednak myślenie było tak męczące, że za każdym razem, gdy usiłowała połączyć wątki, zaczynał ją morzyć sen.  Miała wrażenie, że coś wewnątrz niej uporczywie umiera i próbuje zabrać ze sobą całą resztę.



czytaj dalej
Pewnego razu, gdy po raz kolejny tego tygodnia zasnęła przy swoim biurku, z góry, na bardzo cienkiej nitce, spłynęła niewielka Pajęczyca. Lądowała powoli,  kawałek po kawałku, aż postawiła swoje drobne, obute w musze loafersy stopy na głowie Arkadii. Gdy znalazła oparcie i poprawiła ułożenie, zacisnęła wszystkie nóżki na czaszce dziewczyny, mocno zapierając się w sobie. Z jej odwłoku wysunął się ostry, krzemowy kolec. 

Kolec przebił czaszkę i sunął w dół, naruszając ciągłość tkanek i zainstalowanych przez duszki kabli, by połączyć się z Rdzeniem. Kiedy dotarł we właściwe miejsce, zatrzymał się.  Wtedy Pajęczyca zlizała kroplę krwi, która wypłynęła z ranki, i zabrała się do roboty. Wiedziała, że jest tylko jedno rozwiązanie. Dlatego musiała tu przyjść.

Szczęka Arkadii, od miesięcy napięta, nagle się rozluźniła. Z kącika ust popłynęła strużka śliny. Yhmmm – westchnęła, odpływając jeszcze głębiej. 
Pajęczyca spojrzała tęsknie w dół jednym z wielu pięknych, pociągniętych odblaskowym eyelinerem oczu. Pozostałe były zamknięte. Ciężkie, srebrzyste powieki połączone z krzemowym kolcem. 

Po chwili jej odnóża zaczęły się rytmicznie poruszać i wysnuwać nici miękkiej pajęczyny. A z malutkiego głośnika popłynęła muzyka. Pomyślała, że puści nutę, bo wiele godzin miała jeszcze spędzić w tym miejscu, w skupieniu otulając głowę Arkadii swoim filigranowym dziełem. Płyn rdzeniowo-mózgowy  cicho zaszemrał: Calling all active agents.






czytaj dalej
W tym czasie Arkadia otwarła oczy wewnątrz siebie. Skrzywiła się ze smutkiem na widok czarnej mazi. Stała w niej po kostki. Dostrzegła, że ma na stopach dziwne, roześmiane buty. Wyglądały jakby właśnie wyszły od fryzjera.  Ruszyły nią przed siebie, nie zważając na brud. Szły długo, tak długo aż czerń mazi zaczęła ustępować lekkiej szarości. 

Przemierzała splecioną sieć jaskiń. Z daleka dobiegały ją ciche echa. Wszystkie rzeczy wznoszą się i upadają, szeptały czarne liście i węglaste kamienie. Ciężkie motyle zrywały się do lotu, muskając jej spocone czoło. Arkadia szła. 

Kiedy na ścianach jaskini zaczęły się pojawiać fioletowe mchy, chichoczące buty przystanęły i łagodnie wypluły jej stopy.   Wylądowała boso na miękkim, łaskotliwym poszyciu. Wzięła głęboki oddech. 

Dotknęła skały, po której spływała pachnąca słodko strużka. Przypadek to jedynie nazwa dla nierozpoznanego, szepnęła woda. Po tych słowach zapadła znajoma, smolista ciemność. Arkadia poczuła ścisk w żołądku. Przypomniała sobie duszki.
    Po chwili dostrzegła wnękę, w której jarzył się dziwny kształt. Jestem Lichtarz, powiedział lichtarz. Wyciągnęła do niego dłoń. Kiedy zacisnęła palce, lichtarz zapłonął wieloma światłami. Zaskoczyło ją, że będąc prostą istotą, może zobaczyć takie kolory. Jesteś piękny, powiedziała. Za nimi, w ciemności połyskiwały oczy i mieniły się holograficzne kwiaty. Pocałowała go.

Słońce zjadł pies, powiedział lichtarz. Poszła więc w kierunku, z którego było słychać ujadanie. Wyszła z ostatniej jaskini do granatowego ogrodu.  To był matowy świat. Znużona ziemia zapadała się pod stopami, drzewa chyliły się ku niej złowrogo. Chwila fioletowej lekkości minęła. Arkadia poczuła ciężar, zupełnie jak kiedyś, dawno temu. Ciążenie głowy ku dołowi. Niechęć do nieba.



czytaj dalej